Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 661 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Już nie forever ;)

niedziela, 13 marca 2011 13:06

Dukan odpadł. Koniec z dietami cud. Teraz zawierzyłam Pani Dietetyczce i mam nadzieję, że to właśnie ona nauczy mnie jak jeść! ;)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz



sobota, 11 grudnia 2010 12:22

♥ forever ...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Dukan forever...

wtorek, 07 grudnia 2010 21:44

Zaczęłam żyć (jeść) zgodnie z zasadami francuskiego doktora Pierre Dukana i muszę się przyznać, że jest to dla mnie świetna zabawa, szczególnie kulinarna!!! Od kiedy mam piekarnik, naprawiony przez M. czuję, że żyję ;) Nie ma dnia, abym czegoś nie upichciła, oczywiście zgodnie z Dukanem. Zajadam się co dzień to innym smakołykiem... Nawet pomału zaczynam wyglądać jak człowiek, no dobra, pół człowieka ;)))) hahahaha, chyba nawet trochę chudnę, pomału, bo pomału, ale chyba jednak coś się tam posuwa do przodu... a raczej do tyłu. Nie, do przodu!!! POLECAM wszystkim Dukana i jego sposób na odżywianie. Już nawet nie chodzi o odchudzanie, ale o nabranie i utrwalenie w sobie naprawdę pozytywnych zmian w żywieniu i gotowaniu w ogóle. 

Jest super! Oby tak dalej!!!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

Carpe diem!

sobota, 27 listopada 2010 10:02

Jestem szczęśliwa!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Serce nie sługa...

niedziela, 14 listopada 2010 6:35

...tylko co zrobić z uczuciem, które nigdy nie powinno się narodzić? Bo nie wolno, nie wypada, nie ma sensu!?? 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

...

czwartek, 07 października 2010 19:39
...na imię mi CHAOS! ;(
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Żar z nieba się leje...

poniedziałek, 12 lipca 2010 20:55
...a ja już mam dość takiego lata, a tylko dlatego, że nie mam jeszcze urlopu, a nawet jak już będę miała, to i tak nigdzie nie wyjadę. Zachciało się mieszkania i remontu... Cholera jasna!
Ale obiecuję sobie, że odbijemy to sobie  za rok i wtedy sobie nie pożałujemy!!! A co!!!

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Świątecznie, bajecznie, do dupy!

sobota, 26 grudnia 2009 7:00

Zbliża się koniec roku, a ja czuję, że jestem na początku końca, cholera wie, gdzie... Na jakimś rozdrożu czy coś!!! Rok, który właśnie chyli się ku końcowi był niezbyt życzliwy, bynajmniej dla mnie. Początek, jakiś taki, powiedzmy, że POUKŁADANY. Środek,TOTALNA LIPA. No, a koniec, to już napisałam, DO DUPY.
W ogóle nie czuję atmosfery tych Świąt, nie cieszy mnie nic, poza moim dzieckiem i psem.
Nie cieszą mnie prezenty.
Nie cieszy mnie śnieg, którego nie ma.
Nie cieszy mnie praca.
Nie cieszy mnie dom. A, jego też nie ma!
Zbliża się okres noworocznych postanowień i dlatego też postanawiam sobie, że będę się cieszyć z byle pierdoły, bo tych nigdy nie brakuje. I że pojadę w Bieszczady. I nad morze - obiecałam to mojej suni kochanej. I że w ogóle będzie jakoś inaczej. Mam na to jeszcze kilka dni, ale w końcu muszę się jakoś ogarnąć, muszę to wszystko naokoło ogarnąć, bo inaczej polegnę zupełnie.
Zbieram się też do pisania drugiego bloga, ale takiego bardziej intymnego, o tym wszystkim co mnie spotkało przez ostatnie kilka lat. Postaram się o to w Nowym Roku.

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

A takie tam "NICNIEROBIENIE", O OSTRYCH JAK BRZYTWA I O KWIATKU, KTÓRY PACHNIAŁ OGÓRKIEM...

niedziela, 25 stycznia 2009 8:54
Siedzę sobie właśnie w pracy i jakoś tak mi się „NICNIEROBIĆ" zachciało ;) Dobrze, że mam takową możliwość w ogóle! Poprzedni
weekend upłynął pod znakiem ostrych jak brzytwy łyżew ;) Mimo kaszlu córci postanowiłam wybrać się z rodzinką na lodowisko i to był błąd, co stwierdzam teraz, po nocy pełnej kaszlu małej ;) Ale trudno, stało się i już tego nie odkręcę. Jedyne,m co teraz mogę zrobić, to Flegaminę podawać doustnie i już! A wracając do ostrych jak brzytwa łyżw czy łyżew. Ludzi mnóstwo, kręcili się jak takie mrówki po lodowisku, gwar, pisk, wrzask, muzyka w tle... Mąż mój szanowny, jak miał zapał pojeździć, to na widok tego „tłumu" szybko ten zapał stracił. - A, za dużo ludzi - usprawiedliwiał się :))). - Idźcie same, ja zdjęcia będę robił - wymigiwał się. Tak! I porobił, góra dziesięć zdjęć może pstryknął, a i tak większość do kosza się nadaje, takie kiepskie jakieś wyszły. I stał z tym pstrykadłem za bandą i tak patrzył na nas z zadowoleniem, że mu się upiekło nie wejść na lód, hihi. A my z córcią poszalałyśmy sobie. No w zasadzie, to ja poszalałam, bo z małą to się bardziej zmęczyłam niż jakbym co najmniej na Śnieżkę wchodziła. A to jej się nogi rozjeżdżały, a to kładła mi się na rękach, abym ją trzymała, a to zawisała mi na jednej ręce, lecąc na lód. Zgrzała się niemniej niż ja. Najlepszy był moment, gdy córcia stwierdziła, że już do taty chce iść, bo musi sobie odpocząć. Wtedy sobie pojeździłam. Co prawda nie pokazałam wszystkiego co potrafię ;), gdyż: po pierwsze: za dużo ludzi (A jednak mąż miał trochę racji!); po drugie: za mało miejsca jak dla mnie i moich poczynań; po trzecie: ostatni raz jeździłam około 20 lat temu, więc to mówi samo przez się. Ale i tak było super i 45 minut zleciało jak biczem strzelił. Moja kumpela, co to dała się na te łyżwy ostre jak brzytwa wyciągnąć też sobie pojeździła, miała ze sobą „taki mały bagaż" jak ja, więc zgodnie stwierdziłyśmy, że następnym razem idziemy, ale same, bez dzieciarni, bo z nimi to nie robota! Po powrocie usiadłyśmy sobie u mnie przy dobrym drineczku i sałatce z zupki chińskiej (tak, tak, z zupki chińskiej), dzieciaki pobawiły się, sunia odpoczywała pod stołem, szczęśliwa, że pacia wróciła. I tak zleciał w sumie ten weekend ;) NIC SZCZEGÓLNEGO ;)

20 stycznia 2009 roku

Kwiat, który pachnie ogórkiem...

Dzisiaj ujrzałam u koleżanki na oknie w pracy pięknego (tfu, brzydkiego, co by nie zapeszyć!) kwiata. Wielkie, ciężkie, ciemnozielone liście, długa brązowa noga, cudo (tfu, co by nie zapeszyć!). Uśmiechnęłam się do niej i mam dwie szczepki odnóżki ;)))
W trakcie odrywania uschniętych, malusich listeczków poczułam zapach ogórka, świeżego, zielonego wiosennego ogóreczka, takiego, co to do mizerii ze śmietaną się wrzuca ;), mniamuśny. Pierwszy raz spotkałam się z kwiatem, który pachnie ogórkiem. Niestety koleżanka nie wie, jak on się nazywa, ale od czego w końcu ten nasz wszechwiedzący internet. Jak tylko wrócę do domu, to koniecznie, oczywiście zaraz po wsadzeniu kwiacia ogóracia do ziemi, obkumam jak się to cudo (tfu!) nazywa. Wiem tylko, że ogórecznik ma jakąś chińską nazwę ;) Acha, znowu piszę w pracy ;), nie żebym się nudziła, czy coś, ale chwila przerwy każdemu się należy!
Pozdrawiam w imieniu własnym i kwiacia ogóracia, N.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (20) | dodaj komentarz

Poczekajka

niedziela, 11 stycznia 2009 18:23
Wczoraj podczas buszowania w Empiku natrafiłam na ciekawą (bynajmniej dla mnie ;)) książkę. "Poczekajka" Katarzyny Michalak to "książka dla samotnych, szczęśliwie i nieszczęśliwie zakochanych. Dla każdej z nas." Ten wpis mnie zaciekawił. Potem czytam "W czasie weekendów robi wypady samochodem, próbując odnaleźć wymarzony domek... " (o, to tak jak ja, no może wypadów nie robię, ale domek mi się marzy). " Czytam dalej "Patrycja porzuca miejskie życie, wprowadza się do domku..." (o to też o mnie ;)) No i kupiłam "Poczekajkę"! Wczoraj zaczęłam czytać, dzisiaj ciąg dalszy, ale brakuje mi TAKIEGO PRAWDZIWEGO SPOKOJU, aby po prostu usiąść i czytać, z kubkiem gorącej herbaty, pod ciepłym kocem... A tu hałas non stop, mała gania, pies co chwilę czegoś chce, mąż się kręci! A do d.. kitu z takim czytaniem! Może dzisiaj mi się uda W KOŃCU poczytać W SPOKOJU! Ech!
Polecam Wam "Poczekajkę"!!!
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

No dobra, czas ruszyć z kopyta ;)))

sobota, 27 grudnia 2008 7:18
Otrząsnęłam się z szoku, jaki trzymał mnie podczas mojego ostatniego wpisu... Dawno to było, bo ponad 4 m-ce temu, ho ho, ależ ten czas leci! Powiem tak, WSZYSTKO wróciło do normy, moje życie, które wtedy legło w gruzach z gruzów się podniosło. Serce i dusza radują się, jest OK. Tak więc mam nadzieję, że wreszcie nadrobię zaległości i popiszę tu trochę co i jak. Wiele się zmieniło u mnie przez ten okres, wiele się nauczyłam i na przyszłość mam nauczkę, no może nie tylko ja ;)
A teraz kończę, bo w pracy jestem (hihi)
No to do następnego!
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Metamorfoza...

poniedziałek, 04 sierpnia 2008 8:53

w życiu całym moim następuje! Wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi,a reszta jak nie wie, to się dowie... ale jeszcze nie teraz! Jest mi ciężko, źle, smutno. Beznadzieja!

Siedzę i sama już nie wiem, co ze sobą począć. Mam tyyyyle planów i chęci, aby je realizować, a z drugiej strony ogarnia mnie PANICZNY strach, który paraliżuje... Normalnie czuję jak mi mięśnie na ciele drżą... Nawet nie potrafię tego opanować.

Nigdy bym nie sądziła, że moje życie obierze "taki" właśnie kierunek jaki obiera. Parę miesięcy temu byłam normalnie żyjącą żoną i matką, kobietą pracującą, a teraz wyglądam jak strach na wróble, który boi się własnego cienia, koszmar ;(

Ale nic to! Moje życie legło w gruzach, ale się tym nie przejmuję, ani trochę...

Jeszcze parę dni i będę wypoczywać nad pięknym morzem, taplać się w wodzie jak dziecko i może choć na chwilę zapomnę o tym wszystkim, co mnie w życiu spotkało, może...

Jak na razie, to jestem jednym, wielkim znakiem zapytania - ? - o takim!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

wypadałoby coś w końcu napisać...

piątek, 23 maja 2008 8:53

...

Myślałam, że będę systematyczna w pisaniu, ale wychodzi na to, że jestem systematyczna w niepisaniu ;))) Nie obiecuję, że postaram się poprawić, bo to będzie nieprawda...

W każdym bądź razie jestem sobie czas jakiś na urlopie, nigdzie nie wyjeżdżam, poza planowanym wypadem do teściów :/

Urlop leci mi więc na sprzątaniu (co bardzo lubię, żeby nie było ;)), praniu, gotowaniu, jednym słowem, odpoczywam i robię to, co lubię. Od rodziców przywiozłam sobie rower i mam zamiar na nim jeździć po naszym pięknym lesie. Może dzisiaj się wypuszczę w las... może...

Suka coraz piękniejsza, silniejsza i apropos kleszczy, to ta ekstra super obroża, którą za namową weta kupiłam, to o kant d... rozbić. Kleszcze usadawiają się wręcz przy samej super ekstra obroży i żrą do woli moją sucz... Nie chce mi się jednak łazić do weta z reklamacją super ekstra obroży, bo w sumie to tych kleszczy było moze z 5, więc to w sumie nie tak dużo, co??

Moje marzenie o domku na wsi wraca do mnie cały czas i męczy... z domem dziadka to chyba lipa będzie. Niby dziadek jedzie do Kanady odbyć rozmowę z ciotką, co by się ustosunkowała do tego wszystkiego i w ogóle... ale jakoś zbyt piękne to by było i prawdziwe... no zobaczymy, ja w każdym bądź razie przeglądam ogłoszenia i parę domów, nawet nie "za drogich" wpadło mi w oko, ale mój mąż oczywiście swoje: - za drogi, za stary, rudera. a ile w to trzeba jeszcze włożyć, za daleko, za blisko, sratatata... Dlaczego on jest tak mało spontaniczny, tylko łazi po tej ziemi twardo jak..., ech! Jestem pewna, że jakby mój mąż był taki jak ja (walnięty???) ;))), to już by nas tu nie było... siedziałabym sobie teraz na werandzie z kubkiem kawy i laptopem na kolanach, patrzyłabym na las, wodę, słuchałabym śpiewu skowronków...

O Boże, kiedy to w końcu nastąpi, bo ja normalnie w końcu zwariuję, chociaż nie wiem, czy bardziej się jeszcze da!

A do dziadka to mi się już odechciało jeździć, mimo, że tam jest tak pięknie... Zawsze ma problem, że suka lata i niszczy ogródek (co nie jest prawdą, oczywiście, bo trzeba jeszcze jakiś ogódek mieć), że obsuwa brzegi stawu i w ogóle mam ją przywiązać, aby nie biegała! Masakra. A i lepszy numer jeszcze zrobił mój dziadek. Powiedział mojemu mężowi, który pomstował na "kłaki" suki w samochodzie, żeby sprzedał sukę, a mi powiedział, że mu na spacerze uciekła... masakra normalnie, to już by był cios poniżej pasa. Dobrze, że mój mąż jest wobec mnie lojalny i powiedział mi o tym, a co lepsze, powiedział, że moja babka (żona dziadka, zresztą) już kiedyś mu to podpowiadała. Wyobrażacie sobie, sprzedać psa za moimi plecami i powiedzieć, że uciekł... I dlatego do dziadka nie będę jeździć, bo jak widzę jego minę i co chwilę słyszę: -po co wam ten pies, nadało psa, też się wam zachciało... to wrrrrrrrrr... SZOK!

Jestem zniesmaczona zachowaniem dziadka, ale z drugiej strony to mnie to w ogóle nie dziwi...

Po prostu taki z niego zimny drań!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (18) | dodaj komentarz

tajemniczy wielbiciel...

czwartek, 08 maja 2008 22:10

Wczoraj spotkała mnie miła niespodzianka... Musiałam zostać dłużej w pracy (aż do 20:00, cholerka) i po 16 dzwoni mąż z zapytaniem, czy aby nie byłam w ciągu dnia w domu, bo na wycieraczce pod drzwiami leżą piękne, bordowe bzy... cały pęk... Zatkało mnie trochę, bo mnie w domu na pewno nie było... mąż zdziwiony... córka i sunia zdania nie wyraziły ;)Hmmm, teraz zagrycha, kto przyniósł ten bez?? Czy to ja mam cichego wielbiciela czy mąż (wielbicielkę raczej!)?? A może jakiś sąsiad miał za dużo i zostawił... ale który? a może... a może... zostańmy przy tym MOIM wielbicielu, chociaż mi jakoś się fajnie robi ;)))

Zapisałam się ostatnio na vacu-step, a raczej vacu-rowerek i pedałuję sobie czasami... zobaczymy, czy efekty będą...

Dreptająca mała suka sprzedana... sąsiadka wystawiła psa na allegro za trzy stówy, za dwie godziny przyjechał gość i kupił dreptaczkę... Pechowiec! Kupiec, nie pies... ;))) hahaha. Teraz to sąsiadkę tylko na gadu gadu widzę , a raczej słoneczko widzę... No szkoda suni, ale... pewnie źle nie będzie miała...

A tak wracając do tych bzów, to... hmmm, intryguje mnie to, bo normalnie co dzień się to nie zdarza...

;*** hmmm.....

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

ucieczka...

wtorek, 22 kwietnia 2008 9:12

dreptającej suki sąsiadki zdarzyła się wczoraj. Właśnie wybieraliśmy się nad jezioro, gdy usłyszałam "rozpaczliwe" wołanie z okna naprzeciwko... Bez wahania ruszyłam w stronę, skąd dochodził głos i zobaczyłam w oknie moją sąsiadkę-balowiczkę, która z niezbyt smutną miną :)  darła się, że uciekła jej suka, a ona nie może jej szukać, bo ma dzieci w domu. I nie może ich zostawić, hmm, ale jak wychodzi z psem na spacer parę razy dziennie, to jakoś dzieciaki siedzą w domu, same! No dobra, bez zastanowienia kazałam jej rzucić smycz i poleciałam z moją suńcią (która zresztą nigdy by ode mnie nie uciekła ;))) do lasu szukać zguby. Latałam po lesie, suka za mną, zguby ani śladu. Ile można łazić i wołać i gwizdać. Dreptającej ani widu ani słychu. Wracam, a tu telefon. Mąż dzwoni i sapie, że dorwał sucz sąsiadki. Pod samym blokiem! Małpiszonica bawiła się z okolicznymi dzieciakami, podczas gdy ja ostatnie poty w lesie wylałam, ech. Sąsiadka zleciała po sukę zła jak osa, na nią, nie na nas, oczywiście haha. Podobno potem w domu było ostre lanie, auć. Po poszukiwaniach zakończonych sukcesem udaliśmy się nad wymarzone jeziorko. Pogoda dopisała, fanie było i sympatycznie. Nie ma to jak woda!

A od dwóch dni, rowerek, który KIEDYŚ pożyczyła mi moja psiapsióła, przestał robić za wieszak i codzinnie przez BITĄ GODZINĘ jadę na nim w siną dal. Włączam sobie film (oczywiście najlepiej jeździ mi się przy Ja wam pokażę albo Dlaczego nie) i pedałuję, gdzie oczy poniosą... No daleko mnie nie poniosą, co najwyżej przed ekran laptopa haha. Ale jakieś tam efekty już widać. Bynajmniej ja widzę ;)

Ostatnio siedziałam sobie i myślałam, ile to ja muszę na blogu napisać, a to, a to, a tamto. A tu siadam i pustka, wszystko mi wyleciało z głowy... Buuuu, ale nic straconego, jak sobie przypomnę to napiszę!

Póki co, niedługo jadę z mężem na zakupy, córcia rośnie jak na drożdżach i niedługo nie będzie miała w czym chodzić. Pojedziemy do Cherokee i tam na pewno, jak zawsze, znajdę dla niej coś fajnego. A może sobie coś kupię, a co!

Może pamięć mi wróci podczas zakupów i przypomnę sobie, o czym chciałam napisać. Niestety dzisiaj idę do pracy na godzinę 14, więc nie mam za wiele czasu. I znowu nie obejrzę mojego serialu "39 i pół", bo będę w pracy, kurcze felek. A jak na złość, to nie mogę już oglądać odcinków serialu w internecie, coś mi się pochrzaniło.

I jak zwykle, nie wiedzieć czemu, nie mam czasu na nic, a życie przelatuje przez palce...

Cholera!

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

masakra...

wtorek, 08 kwietnia 2008 19:38

z tymi kleszczami... cholera! Wczoraj wieczorem podczas miziania się z moją sunią wyczułam na jej szyi jakieś "coś". Gdy zobaczyłam co to jest to "coś", to aż mnie zmroziło... Na szyi mojej pięknej, biszkoptowej, słodkiej suńci siedział ogromny, napęczniały jak nie powiem co kleszcz. Wielki, spasiony, na krwi suki wyhodowany, ble, ohydny. Nie patrząc na nic zerwałam się z wyra i w podskokach poleciałam do łazienki, suka za mną, kleszcz za suką. Operacja przebiegła pomyślnie, gnida została przeze mnie OSOBIŚCIE zrównana z ziemią... ale się wyżyłam, a co, kurde! Niestety, po gnidzie została brzydka, duża rana, sierść wyleciała, krew tryskała... Nie mogłam zasnąć z nerwów. Tylko czekałam dzisiejszego dnia, aby czym prędzej polecieć z suką i jej raną po gnidzie do weterynarza,coś takiego po tym ukąszeniu kleszcza (cholera jedna, te kleszcze!!!) i jest taka biedna, że patrzeć na nią nie mogę... Wet zobaczył ranę, pokręcił głową, ja pokręciłam głową, kleszcz nie miał czym kręcić ;). Suka dostała antybiotyk i maść i mam nadzieję, że te katusze niedługo się skończą. Cholera!!! Tak mi żal mojej psiny, że serce mnie boli jak na nią patrzę. A ona biedna taka we mnie wpatrzona, jak mało kto ;). Biedaczka. Mam wyrzuty sumienia, że wcześniej tego kleszcza nie zauważyłam i gnida się tak nażarła... ech, jakbym go wcześniej dopadła! Dobrze, że miałam dzisiaj dzień wolny, to cały czas poświęciłam skrzywdzonej suni. Kupiłam jej parę kolorowych kości, nową obrożę, zrobiłam dobry obiad. Hihi. No, dla reszty rodzinki też zrobiłam dobry obiad, nie myślcie sobie, że ja tylko tak o psie... ;) no. W każdym bądź razie suka ma nową obrożę antykleszczową za pół stówy ;)) haha, więc żaden kleszcz niech nawet podchodzić nie próbuje... Obok naszego osiedla jest las i do tej pory sunia miała gdzie latać, ale skoro gnidy atakują... Poszłam więc po południu na drugą stronę ulicy, gdzie jest w miarę sporo miejsca do ganiania, bez drzew i krzaków. Nawet tam fajnie... Ale z drugiej strony, to po co suni ta droga obroża... niech się kleszcze boją! I tak mi wolny dzień upłynął na pomstowaniu, rozmyślaniu, użalaniu się, że aż pojechałam sobie do solarium. Chociaż dupsko opalone w te paskudne dni. Wiosna nie chce przyjść, to ja chodzę do niej. Acha, przyszła mi już dzisiaj pocztą rezerwacja tegorocznych wczasów  nad naszym pięknym morzem. Od razu mi się lepiej zrobiło, jak przypomniałam sobie zeszłoroczne wakacje i wyobraziłam tegoroczne...

Jest teraz czym żyć!

I na usta ciśnie mi się od razu piosenka zeszłych wakacji "a teraz chodź tu do mnie..." ech, lato!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

płonie ognisko w lesie...

poniedziałek, 31 marca 2008 10:56

a raczej płonęło wczoraj. Pojechaliśmy sobie w parę osóbek nad jeziorko, dzieciaki szalały, suka szalała, my szaleliśmy... Pierwotna wersja - spacerek, ale gdy dojechaliśmy na miejsce i okazało się, że nad jeziorkiem płoną to tu to tam ogniska, to zachciało nam się tego samego. A ponieważ ja i A. wypiłyśmy już po piwku, to mój dobry, jak zawsze ;), mąż pojechał do sklepu po kiełbaski i takie tam inne smakoły... Nazbierało się gałęzi i zapłonęło... Było super, blask zachodzącego słońca odbijał się w jeziorze. Łabędzie ciekawie zaglądały, co robimy. Tak zaglądały, że połowę chleba nam zżarły... Suka szalała przy brzegu, straszyła chlebojady, kąpała się, oczywiście, bo by sobą chyba nie była, jakby do wody nie wlazła... Potem musiałam ją do drzewa przywiązać, co by mi się małpa jedna nie przeziębiła... Nie mam co robić, tylko z suką po lekarzach jeździć... ;) I siedziała, ale tak na mnie patrzyła, że a to kawałek kiełbasy dostała, a to piwka popić (żartuję :)) i jakoś jej czas zleciał. Potem dojechały do nas jeszcze dwie osoby i już w ogóle było wesoło... Zdjęcia mamy, że hej. Postaram się jakieś tutaj dodać.. ;)

W pracy oczywiście młyn, jak zwykle...

W domu jak to w domu...

Suka, rośnie i rośnie... a teraz właśnie leży pod stołem i chrapie jak czołg... niesamowite jak pies potrafi chrapać :)

Niedługo zajedzie do mnie A. i przywiezie fotki z dnia wczorajszego. Mój aparat dopiero wczoraj z Warszawy wrócił, gdzie siostrunia i Turcio urzędowali ;) A propos Turcia, to wczoraj wieczorem dostałam od niego sms-a, którego zrozumiałam bez problemu, a dzisiaj nawet udało mi się odpisać na niego... hihi (o dziwo!). A tak w ogóle, to z Turciem mamy kontakt mailowy i właśnie obiecałam mu, że dostanie na maila parę zdjęć z wczorajszych wojaży..

Dzisiaj mam wolny dzień, za sobotnią nockę (wrrrr) i odpoczywam sobie. Córcia zażyczyła sobie zupkę ogórkową, więc zabieram się za gotowanie. Nie mogę dziecka rozczarować...

Pozdrawiam czytających, tych których znam i nie znam - Stella, to do Ciebie! ;)))


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (18) | dodaj komentarz

jak dawno mnie tu nie było...

środa, 26 marca 2008 20:56

...że aż nie wiem od czego zacząć...

Przed świętami chyba nie zdarzyło się nic ciekawego.

Na wielkanocnym świadaniu towarzyszył naszej rodzinie prawdziwy TUREK. Otóż moja siostrunia wygrzebała go gdzieś w internecie i już wielka miłość. No, nie powiem, chłopak cudny, jakich mało, piękne oczy i w ogóle super... Przyjechał do Warszawy na wymianę studentów czy coś takiego, ona pojechała do niego, potem wróciła, potem po niego i cała rodzinka i Turcio biesiadowaliśmy całe święta... Turcio mówi po angielski (poza ojczystym, oczywiście) i nawet jakoś się z nim dogadywałam. Moje siostry klepały jak najęte -sratata, sratata-, mama nic nie mówiła, no może jakieś bye czy ok ;))), tata siedział cicho jak mysz, dziadkowie z wrażenia zaniemówili. Ale najśmieszniejszy był moment, gdy nikt nie był w stanie przypomnieć sobie słowa "pierścionek" po angielsku, nawet moja siostra -pani nauczycielka angielskiego- zapomniała i w pewnym momencie mój tata, widząc nasze zmagania z pamięcią wykrzyknął: RING. Zaniemówiliśmy z wrażenia, a tata siedziałdumny z siebie jak paw! Ale miał minę, dawno go takiego ważnego nie widziałam... hihihi. Sympatycznie było. Gdy rodzice odwieźli Turcia i siostrunię do Poznania (co by chłopak zobaczył trochę Polski), to mieli pożegnanie po turecku. Tata dostał całusa w dłoń, chłopak drugiej siostry w policzki, a mama i siostra nic nie dostały, ale były nienasycone ;))) Druga siostra miała potem Turcia tylko dla siebie, więc pewnie dostała nie jednego całusa... Oczywiście sesji zdjęciowej z Turciem w roli głównej nie odpuściłam, fotki jak się patrzy ;)) Biedna babcia, jak sobie przypomnę jej minę, gdy mówi o Turciu... a jak pomstowała "niech go pogoni", "jakiegoś czarnego wzięła" i takie tam pierdoły, nie chciało mi się jej słuchać, rasistka jedna.

To wydarzenie było warte opisania, nie codziennie w naszym domu gości obcokrajowiec... Mamy już zaproszenie do Turcji, do domku letniskowego w Bodrum ;)) ciekawe tylko, kto tam pojedzie ;)

Sunia rośnie, nie odchudza się, ja też nie...

W pracy młyn, że szkoda gadać...

Wiosna się na mnie obraziła i sypnęła śniegiem...

Oj, coś mi nie idzie jakoś pisanie ostatnio... albo po prostu nic ciekawego się nie dzieje... albo ja jestem dziwna...

albo...

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

z wizytą u mamy...

wtorek, 11 marca 2008 21:33

suni ;) Z uwagi na to, że miałam dzisiaj kolejny dzień wolny i oczywiście musiałam oddać pożyczoną klatkę, wybrałam się z sunią do jej rodzinnego domku. Wzięłyśmy z A. sunie na spacerek, poganiały, utytłały się w błocie jak świnie (no, na mojej bardziej było to szaleństwo widać). Ciekawe, czy psy poznają się po paru miesiącach rozłąki - czy moja sucz wiedziała, że to jej mama??? W każdym bądź razie były bardzo zgodne i bawiły się pięknie, zdjęcia wyśmienite.

W domu generalne porządki robiłam wczoraj, mycie okien, wywalenie niepotrzebnych ubrań i takie tam.

Po południu zaś wybrałam się z rodzinką na spacerek. Była z nami moja kumpela A. z córcią. Dziewczynki biegały po lesie, sunia za nimi albo przed... Mąż robił za fotografa, a my z A. szłyśmy sobie na tyle tej całej pielgrzymki i gadałyśmy o tym i owym ;) Fajnie było. Po powrocie do domku wszyscy wypiliśmy herbatkę z sokiem malinowym, co by nam na zdrowie wyszło.

Jutro koniec laby. Praca czeka i niecierpliwi się. Stos papierów woła mnie od dwóch dni... a mi się tak nie chce do nich wracać...

Nie chce mi się też pisać, w ogóle nic mi się nie chce jakoś...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

szykujemy salony...

poniedziałek, 10 marca 2008 11:06

a jednak salony dla suni muszą być.. Po paru dniach zamykania mojej małej, niedobrej, a jednak kochanej i słodkiej suni w klatce (uch, jak to brzmi) okazało się, że ta mała psina daje popalić sąsiadom, że hej! Co prawda, nikt z mieszkańców nie przyszedł do nas z pretensjami, ale ja wybrałam się do nich z zapytaniem... i zgodnie stwierdzili, że WYJE!!! Jeden powiedział, że daje czadu. Inny, że słychać, ale mu to nie przeszkadza (akurat!). Inny, że jak dzieci śpią, to troszkę przeszkadza - w mieszkaniu obok są niemowlaki-bliźniaki (a jak one wyją, to ja nic nie mówię ;))) i takie tam wywody. Nikt jednak nie miał pretensji, ale myślę, że to tylko do czasu. Jakby tak wyła i wyła i wyła, dniami całymi, po bite 8 godzin, to pretensje by się w końcu zaczęły. Dlatego też skruszona zadzwoniłam do mamy i przyznałam jej rację. I na najbliższy weekend mam zajęcie - szykowanie dla suniaczka apartamentu. Na dworze wiosna pomału się zbliża, więc na pewno sunia nie zmarznie, a jak będzie jesień, to się coś wykombinuje... Jestem dobrej myśli - jak zawsze, zresztą.

Wczoraj wybraliśmy się rodzinką do stadniny koni i na lotnisko jednocześnie, sunia wyszalała się, wszyscy mieli ubaw. Samoloty latały, konie biegały, wiatr wiał jak szalony.

Muszę się przyznać, że odczuwam wiosnę nie tylko w powietrzu, ale jakieś motylki w sercu mi fruwają... Mam nadzieję, że wszyscy tak macie, bo jak nie, to zacznę się martwić... ;))) Słońce nastraja mnie pozytywnie do życia. Dzisiaj na spacerze z sunią było tak świetnie, tak ciepło, że przycupnęłam sobie na jakimś kamolu i siedziałam tak twarzą do słońca. Sunia leżała obok i zarzynała jakiegoś patysia, niemniej szczęśliwa ode mnie... Oddałam się na chwilę pozytywnym myślom, ciepełku, wiaterkowi... nie wiem, co się dzieje...

Jutro natomiast, zbaczając z tematu, jadę z sunią do hodowli oddać klatkę i nie tylko. W sumie to jadę w gości :) i przy okazji oddać klatkę. Pójdziemy sobie z A. na spacerek, sunie się wybiegają, my poplotkujemy. Oby tylko pogoda dopisała.

Jak na razie niebo błękitem oblane, serce gorące, myśli gonią nie wiadomo co.... ech!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

środa, 20 września 2017

Licznik odwiedzin:  12 925  

Mamy dzisiaj

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Głosujcie...






zobacz wyniki

Chcesz wiedzieć, co się u mnie dzieje?

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 12925
Wpisy
  • komentarze: 277
Galerie
  • komentarze: 0

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Praca